środa, 27 kwietnia 2016

#5

Bez tytułu

Nie mam kompletnie pomysłu na tytuł dla tego posta. Głównie dlatego, że w głowie nie mam konkretnego planu, czy tematu o czym dziś- oczywiście związanym z atakami- będzie post. 

Po pierwsze, zapisałam się na terapię. Książki książkami, researche researchami, a znalezione w necie porady, to no, sami wiemy. Ale chyba trzeba dać sobie pomóc. Może jeśli ktoś obcy, zupełnie obcy, powie mi co mi jest, że mogę zwalczyć ataki paniki, to będę sobie lepiej radzić. 

Od powrotu z wakacji atak paniki przytrafił mi się tylko raz. Wśród znajomych na grillu. WTF. Sama byłam zdziwiona, bo przyszedł nagle i było mi ch#jowo. 

W zasadzie zaraz po powrocie z wakacji uznałam, że muszę zapisać się do specjalisty. I wcale nie jest mi ani wstyd, ani źle z tym. Po prostu jestem wkurzona. Wkurzona chyba na samą siebie, że pozwoliłam się tak zniszczyć od wewnątrz, pozwoliłam by stres zeżarł mnie bez mojej wiedzy i zgody, a ja tyle miesięcy to bagatelizowałam. No cóż. Walczę oczywiście z atakami, dokładnie w ten sposób jaki opisałam w poprzednich postach. Ale czuję, że powinnam zrobić coś więcej, by całkowicie je odsunąć, by już się nigdy nie powtórzyły. I skoro mimo prób wciąż się powtarzają, to chyba rozmowa ze specjalistą powinna pomóc. Tak myślę. Okaże się 27. czerwca. Tak, tyle się czeka na wizytę w ramach NFZ. Nie będę komentować polskiej służby zdrowia..

Czekają mnie zatem dwa miesiące walki. Niestety będzie to walka w wyjątkowo stresujących warunkach. Zwolnienia w miejscu, gdzie pracuję podbijają tylko beznadziejną atmosferę, morale pracowników spadają, a to tylko idealna pożywka dla stresu, który jest źródłem tego szitu. 

Dość użalania się nad sobą. Muszę zacząć planować kolejną podróż. To mnie będzie cieszyć. 
A! Zapomniałabym. W wielu artykułach dot. ataków paniki znalazłam poradę, by znaleźć sobie hobby, albo powrócić do tego, które się porzuciło. I ja tak zrobiłam. Tzn. ogólnie chodzi o relaks. Wróciłam więc do hobby sprzed 10 lat (obożealejestemstara :( ). Kiedyś bardzo dużo rysowałam. Kupiłam więc kredki, kolorowanki dla dorosłych (tak, kurna, kolorowanki - zanim ktoś skrytykuje, zachęcam do zapoznania się z kolorowankami np. "Strażnicy nocy"), markery, pędzle i inne pierdy. 
I powiem jedno - cudownie jest robić coś, nie patrzeć na zegar, a na koniec pomyśleć sobie : wow, jakie to fajne. Jakoś człowiek lepiej o sobie myśli, gdy się nie leni i robi coś pożytecznego. Chociaż nie ukrywam - kocham leżenie na moim łóżku i nicnierobienie. Ech, no ale to nie pomaga w walce z atakami. A, no i jeszcze zamiast oglądać filmy do poduszki *potwierdzone info: komputer, czy telefon- ogólnie wiadomo o co kaman/internety/ przed snem mogą powodować problemy z zaśnięciem* czytam książki. Fajna sprawa. Polecam. 


wtorek, 12 kwietnia 2016

#4 - Ataki paniki w podróży - jak przetrwać

#4

Ataki paniki podczas podróży

Po pierwsze - wróciłam, przeżyłam. Ale powiem jedno : FUCK
Po trzykroć FUCK FUCK FUCK. 

O ile podróżowanie to piękna sprawa, a poznawanie nowej, innej kultury, picie wina pod Koloseum, czy zajadanie się toną włoskich serów przy Forum Romanum to cudowne wspomnienia, o tyle atak paniki na zatłoczonym dworcu we Florencji, już nie. 

Niestety, było dokładnie tak, jak się obawiałam, że będzie. O ile jestem bogatsza już o sposoby walki z atakami, o tyle one nie mijają. Ale jest jedna pociecha - kurna, da się je przeżyć. Przeżyłam lot w samolocie, przeżyłam podróż autobusem, pociągiem, tłoki na włoskich placach itd. Ale.. od początku. 

ATAK PANIKI W DZIEŃ WYJAZDU 

Na Śląsku na taki lekki stres przed wyjazdem mówi się rajzefiber , no ale ja - jak i wszyscy, którzy miewają ataki paniki - doskonale wiedziałam, że to coś więcej. W noc poprzedzającą lot już nie spałam prawie w ogóle, wierciłam się więcej niż zwykle. Po przebudzeniu od razu wywróciło mi się wszystko w żołądku, a serce przeszło w tryb "zawał, umierasz,zawał, umierasz". Nie pomogły tabletki ziołowe, nie pomogła herbata ziołowa, próba zdrzemnięcia się, krople żołądkowe, słowa, które powtarzałam sobie jak mantrę - wszystko będzie dobrze, wiesz co masz robić, będzie przy Tobie najbliższa osoba, pomoże Ci. Wiem, nie powinnam, ale nalałam sobie kieliszek wina - byleby tylko przetrwać jazdę samochodem na lotnisko/oczywiście byłam pasażerem/. Co prawda w samolocie jakoś nie było mi ani za dobrze, ani nazbyt źle i o ile podróż samochodem minęła spokojnie, o tyle później nie było już tak kolorowo. 


PODRÓŻ AUTOBUSEM

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam w tym pieprzonym autobusie- bez toalety, bez klimatyzacji, z rozwalonymi oknami, pełnym ludzi - którym mam jechać 1,5 godziny, że muszę wysiąść. MUSZĘ. KURNA. WYSIĄŚĆ. Zanim jeszcze ruszył chciałam uciec. Poczułam, że zwymiotuję. Ośmieszę się, ludzie będą mnie oceniać, a ja sobie nigdy nie wybaczę. Całe szczęście nie wysiadłam. Powiedziałam sobie dokładnie to, co miałam sobie powiedzieć - co myślę, co czuję /fuck, nawet kiedy o tym piszę serce mi wali, a w żołądku ściska ze stresu/ czy moje myśli są katastroficzne - i jakie jest ich racjonalne wyjaśnienie. Oddychałam wg mojego ulubionego schematu, rozluźniłam żuchwę (zauważyłam, że to bardzo dobrze działa kiedy wydaje nam się, że jest nam niedobrze) - zamknęłam oczy i starałam się maksymalnie odprężyć, myśleć o jakimś bezpiecznym miejscu. I przede wszystkim - próbowałam sama siebie przekonać, że nic mi nie grozi, że mogę wysiąść w każdej chwili, że co prawda nie mam tutaj toalety ale mój organizm potrafi nad sobą panować. Dam radę. I dałam. Podziękowania należą się też mojej najbliższej z całego świata osobie, którą dokładnie poinstruowałam co ma robić gdy mam atak, co mnie uspokaja, jakie słowa mi pomagają. Przede wszystkim opowiedziałam też, o tym co mnie spotyka, co czuję podczas ataku paniki - ludzie często nie wiedzą i bagatelizują. Mówią "weź się w garść, nie przesadzaj, wyolbrzymiasz, nie zachowuj się jak dziecko". To tylko pogarsza sprawę. Warto brzydko mówiąc wyrzygać wszystko komuś najbliższemu, wszystko się czuje, czego się boimy, co nas stresuje itd. - mi było po tym w każdym razie lżej. 

PODRÓŻ POCIĄGIEM 

Cóż. O ile pociąg nie był taki zły - nie licząc końcówki podróży, ale o tym później, o tyle sam dworzec- m a s a k r a. Poczułam się jakby mi uciekał dedlajn- nie no, poczułam się znacznie gorzej. I to tak z sekundy na sekundę, nie wiedzieć czemu. Tak po prostu - NAGLE. Było dobrze, a tu nagle - jeb. I to takie porządne jeb. Musiałam w trybie ASAPu skorzystać z toalety - miałam wrażenie, że mój organizm za chwilę odmówi mi posłuszeństwa i w najlepszym razie zwymiotuję. Oczywiście otaczał mnie tłum ludzi, co nie pomagało. Ale toalety były- jak zresztą przecież wszędzie, bliżej czy dalej jakaś toaleta gdzieś jest- skorzystałam, usiadłam na ziemi, wykonałam serię ćwiczeń - oddechy, myśli uspokajające, rozluźnienie żuchwy itd. - pomogło. Ale poczułam, że ataki paniki to coś, z czym będę walczyć i jednocześnie, że nie mogę się poddać. Za dużo osiągnęłam, by spierniczyły mi życie. W pociągu wszystko byłoby w porządku - klimatyzacja, 300km/h więc podróż krótka, w komfortowych warunkach. Ale oczywiście pod koniec, tuż przed stacją RZYM ludzie zaczęli się wokół mnie tłoczyć. Wyobraziłam sobie jak wyglądają ulice w Rzymie, jak ludzie pchają się na mnie, otaczają mnie odbierając mi przestrzeń, powietrze - no i gotowe. Kolejny atak paniki. I kolejny - co najważniejsze pokonany. 

POWRÓT SAMOLOTEM 

Podczas pozostałych dni pobytu nie działo mi się nic, poza jakimiś mini atakami, których nie ma sensu tutaj opisywać. Jednak dzień powrotu był czymś czego się bałam. Nie wiem czy też tak macie, ale mnie stresuje zmiana planów. Jakichkolwiek. Jeśli coś sobie zaplanuję, to kiedy jestem zmuszona to zmienić, dopada mnie stres. Czuję wtedy, że to nie ja mam kontrolę nad tym co się dzieje, tylko ktoś inny i to mnie dobija. Cóż. I tak też się stało przed powrotem - pech chciał, że odwołali nam lot i koniec końców musieliśmy wracać do innego miasta, niż docelowe, co wiązało się oczywiście z dodatkowymi godzinami w podróży. Oczywiście, jak można się domyśleć musieliśmy wrócić polskimi liniami kolejowymi by pokonać różnicę w dystansie - 360km to zbyt dużo by wziąć taxę lub by ktoś po nas podjechał na lotnisko. Gdy tylko sobie to sobie uświadomiłam i to tuż po przebudzeniu w dniu wyjazdu, mój organizm powiedział mi "FUCK YOU, nigdzie nie jedziesz, jest Ci niedobrze, ogólnie to nie wyjdziesz dziś z toalety". Nie byłam w stanie niczego przełknąć, miałam dreszcze, czułam się jakby dopadła mnie grypa żołądkowa. Na całe szczęście miałam przy sobie jakiś apteczny specyfik na tego typu przypadłość więc go zażyłam, pospałam na lotnisku bo sen jest dobry na wszystko (podczas podróży na lotnisko zastosowałam standardowe praktyki : oddech 1/odpręż się itd. ; rozluźnienie żuchwy, myślenie racjonalne, wykluczenie katastroficznych następstw potencjalnych wpadek itd.) i w samolocie też znalazłam wolne miejsce by się wyłożyć, i w jako takim stanie wsiadłam w piękny, polski, zatłoczony, pełen buraków pociąg. To był długi dzień, Długi i męczący. 


Pomijam piękne wspomnienia zdobyte podczas podróży i nowe doświadczenia - które niewątpliwie zacieśniają więzi pomiędzy dwojgiem ludzi - bo nie o tym piszę i nie tego się chcę pozbyć z siebie. Było cudownie. 
Jednak ataki to nie jest coś z czym do końca sobie poradziłam. I to mnie bardzo zasmuciło, bo myślałam że jest zdecydowanie lepiej. 

Nie poddaję się jednak. Muszę próbować pokonywać to, co mnie stresuje, to co powoduje u mnie ataki paniki. TO JEDYNY SPOSÓB. Nie ma innego. Nie można nakładać sobie samemu na siebie szklanego klosza, spod którego bardzo ciężko się jest wydostać. Trzeba walczyć - trzeba wystawiać siebie na stresujące sytuacje. To jedyne wyjście, to jedyne co działa.Mimo, że gdy pomyślę sobie o tym jak czułam się w pociągu do Rzymu, albo w dniu przylotu do Polski, chociaż automatycznie zaciskam zęby i czuję ucisk w przełyku, to wiem, że to minie, wiem że pokonam ataki paniki. 

piątek, 1 kwietnia 2016

#3

Sądny dzień 


Dla osób, które nękają ataki paniki ,dzień w którym czeka nas np. ważna impreza rodzinna, wyjazd, czy wizyta w nowym miejscu to istny sądny dzień. Kilka dni przed rzeczonym dedlajnem - korpo lengłydż nigdy nie umiera - boli brzuch, dotyka nas bezsenność, męczą nas czarne, wręcz katastroficzne myśli. Od samych myśli człowiekowi wali serce,a w żołądku wszystko się przewraca. 
Co jednak zrobić, by nie dać się owładnąć lękowi? 

Po pierwsze - uświadom sobie, że nic Ci nie grozi. To, że jest Ci gorąco -po prostu oznacza, że jest gorąco. Gdy robi Ci się duszno- po prostu weź kilka głębokich oddechów ( w stylu 1-odpręż się, 2 - odpręż się, itd.). Uspokój myśli. Rozluźnij żuchwę. Rozluźnij się. Gdy możesz- zamknij oczy, oddychaj spokojnie, miarowo- przeponą. Pomyśl sobie : 

Czy przewiduję wydarzenie się czegoś strasznego? 

TAK. Zemdleję. A jeśli nie zemdleję to zwymiotuję,albo co gorsza nie zdążę do toalety. Ośmieszę się. Ośmieszę mojego partnera. Nikt mi nie pomoże, lub nie będzie w stanie pomóc. Nie znajdę drogi wyjścia, ucieczki. Uduszę się. Oszaleję od tych myśli! 

A teraz zadaj sobie pytanie : czy moje odczucia można w RACJONALNY SPOSÓB WYJAŚNIĆ? 

Jesteś wśród ludzi - czujesz się nieswojo, bo ich nie znasz. To normalne. ALE nic Ci nie grozi, a tym bardziej nie niebezpieczeństwo. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się zwymiotować publicznie? Nawet jeśli, pomyśl jak Ty zachowałbyś się gdyby to przy Tobie komuś zdarzyłoby się coś takiego. Pomógłbyś, pokazałbyś troskę. Spytałbyś czy wszystko w porządku. Nie olałbyś, nie oceniałbyś. Jeśli zaś Tobie by się coś takiego w najgorszym wypadku przytrafiło, to przecież nie znasz tych ludzi, a oni Ciebie- już za rok o tym nie będą pamiętać. Ani Ty! Jeśli ktoś jednak źle oceniłby Cię w wyniku takiego wypadku, nie chcesz przecież mieć takich ludzi w swoim otoczeniu - jeśli byłby to znajomy, po prostu wiedziałbyś, że nie możesz na taką osobę liczyć i pozbyłbyś się chwasta ze swojego życia. 

Jest Ci niedobrze - być może coś zjadłeś, albo nie jadłeś ze stresu. Normalne. Nic Ci nie będzie. Oddychaj. Pomyśl - jestem bezpieczny. Za każdym razem gdy nachodzą Cię katastroficzne wizje bliskiej przyszłości związane ze skutkami ataków albo samym przebiegiem ataków paniki, zadaj sobie pytania powyższe pytania. A potem, na koniec powiedz sobie : 

KAŻDY ATAK KIEDYŚ MIJA. *
przeważnie niezauważony przez ludzi Cię otaczających. 

Ostatnio, wczoraj dokładnie dowiedziałam się, że w moim miejscu pracy - korposrorpo, gdzie pracuje względnie dużo osób, bo kilkaset - odbędzie się spotkanie WSZYSTKICH pracowników. NARAZ. Wszystkich. W JEDNEJ SALI. I od razu miałam pierdyliard myśli. Po pierwsze rozważałam w ogóle, że nie pójdę. Przecież nie muszę. Poudaję, że mam pilny telefon. Zostanę w toalecie. Nikt nie zauważy. Superwajzor nie zauważy, będzie ok. Ale potem pomyślałam sobie. HALO. Uspokój się. Nic Ci tam nie grozi. Nikt nie wezwie Cię do tablicy. Usiądziesz sobie, pójdziesz na tyle wcześniej, by mieć krzesło. Otworzysz okna. Będzie czym oddychać, a Ty będziesz sobie w głowie powtarzać wszystkie formułki, których się nauczyłaś. A jeśli będziesz wiecznie przed tym uciekać, to nigdy nie poczujesz się dobrze. Musisz spróbować. Najwyżej wyjdziesz na chwilę i wrócisz. Nic się nie stanie. Dasz sobie radę. 
Poszłam. Przeżyłam. Nie zrobiło mi się słabo. Po raz pierwszy od kilku miesięcy nie zrobiło mi się kurna słabo podczas spotkania. Chociaż było gorąco, choć wokół mnie stało wielu ludzi i waliło mi serce, potrafiłam sama siebie uspokoić tym wszystkim o czym tutaj piszę. 

Gdy zorientowałam się co mi dolega, niestety doszłam do tego sama po wielu miesiącach rozwijania się tego ciulstwa, miałam wrażenie że jest to nieosiągalne, bym znów żyła normalnie. Bałam się nawet stać w kolejce w sklepie, a wyjście do kina oznaczało dla mnie : "ludzie, dużo ludzi, ktoś będzie siedział koło mnie, usłyszy jak panikuję, zobaczy - jest ciemno,nie trafię szybko do wyjścia, nie zdążę do toalety, co za wstyd". To naprawdę paraliżuje człowieka i całe jego życie, przez to negatywnie wpływa na relacje z najbliższymi. A przez to czujesz się jak kupa, jak ktoś gorszy niż reszta, bo nie możesz robić najprostszych rzeczy. 
A wczoraj udało mi się przeżyć, coś co od dawna wydawało mi się straszne, bo jeden z poważniejszych ataków przydarzył mi się właśnie podczas korpowigilii. Byłam wczoraj bardzo z siebie dumna. Dziś już trochę mniej, bo wyjeżdżam. Czeka mnie seria podróży- samolotem, metrem, pociągiem,znów samolotem, długa podróż samochodem. Boję się. Bardzo się boję.  Ale jeśli dam radę to znów będę z siebie dumna, znów poczuję, że mogę normalnie żyć, że nie czuję się sparaliżowana. Warto próbować przezwyciężać lęk. Nie, nie warto - TRZEBA.