wtorek, 29 marca 2016

#2

Dlaczego ważny jest relaks? 


No właśnie. Skoro dajemy radę pracować na pełnych obrotach, jeśli udaje nam się ogarniać wiele projektów na raz, dedlajny nam nie straszne, a prodżekt menadżer wie, że może na nas liczyć, to niby dlaczego mamy zwalniać? 

Bo nie jesteśmy kurna perpetum mobile, które raz wprawione w ruch podobno ma poruszać się wiecznie. I jak raz coś pierdyknie, to no - pierdyknie i już. 

Jeśli masz komu się wygadać, o tym co było w pracy, o tym co się wydarzyło w Twoim życiu - wygadaj się. Napisz list,  stwórz bloga (he he), prowadź pamiętnik, nie wiem gadaj do psa. Ten szit trzeba z siebie wyrzucić. Bo wszystko jest fajnie, dopóki jest fajnie, a jak już się spierniczy to to fajnie wydaje się być bardzo odległe. 

Ja trochę zbyt późno sobie to niestety uświadomiłam i chroniczny stres zafundował mi- czyli w gruncie rzeczy ja sobie sama zafundowałam- atak paniki. Który oczywiście również ja sama przeanalizowałam na miliard sposobów i doprowadziłam się do stanu lęku przed lękiem. Czego nie polecam. 

Polecam za to jakąkolwiek aktywność fizyczną - to pomaga rozluźnić napięte mięśnie. Podczas ataku paniki nasze ciało zostaje przygotowane do tzw. odruchu "walcz albo uciekaj". Serce nam wali, pocimy się (chłodzimy mięśnie), organizm przestaje skupiać się na metabolizmie, adrenalina osiąga niepokojący poziom. To wszystko wydaje się jak rychła śmierć, zawał, szaleństwo albo kurna wszystko w jednym. Chyba, że człowiek to wie i powie sobie sam - to tylko reakcja organizmu, oddychaj,calm down. Podobno działa metoda oddechu  : 1 /wdech /- odpręż się /wydech / ; 2 /wdech/ - odpręż się /wydech/ itd. do 10, albo w kółko póki człowiek nie ochłonie. Żeby ten nadmiar adrenaliny z siebie wyrzucić dobrze jest regularnie ćwiczyć. To trudne,wiem, zwłaszcza jak się lubi leniuchować przed kompem i przeglądać internety, ale co zrobić. 

Czy to działa? Chciałabym odpowiedzieć, że tak - ale dowiem się tak na 100% w najbliższym czasie. Jeśli nie dopadnie mnie atak paniki na lotnisku, albo co gorsza w metrze, to uznam, że jest nadzieja dla wszystkich, którzy borykają się z tym szitem, przez który momentami mam wrażenie, że nic mnie nie uratuje, a ja do końca życia będę się czuć tak okropnie, jak teraz. 


poniedziałek, 28 marca 2016

#1

Jak rozpoznać atak paniki?


Ok, to trudne. Ale tylko z początku. Najpierw należy sobie zadać pytanie - oczywiście nie podczas ataku- ale tak po prostu, usiąść, wziąć jakiś notes i długopis (wiem, idiotycznie to brzmi, bo po co coś spisywać skoro zmiana i tak ma nastąpić w nas, w naszej głowie - ale jednak działa), zastanowić się nad kilkoma sprawami i spisać swoje myśli. Dlaczego? Żeby 1. dowiedzieć się tak naprawdę co się z nami dzieje  i 2.wyrzucić z siebie emocje, które tłumimy. 

Ja zadałam sobie pytanie : co działo się w moim życiu przez ostatni rok. Czy byłam narażona na stres? Owszem, byłam. W pracy i poza nią. I to na taki naprawdę spory. Nawet sobie z tego sprawy nie zdawałam. Mówię tu o stresie w korpo, że napieprzasz dzień w dzień i myślisz, że jesteś bogiem, a potem balujesz w weekend, a do tego czasem dochodzą jeszcze przecież relacje w rodzinie, ewentualnie utrata kogoś bliskiego, traumatyczne przeżycie itd.  Czy odczuwałam, że nie daję rady? Nie. Czy żyłam za szybko, za bardzo, nie dając swojemu organizmowi wytchnienia? Niestety tak. Mało snu, dużo papierosów, alkohol co weekend, nadgodziny i oczywiście poczucie, że wszystko zgrabnie ogarniam. Te czynniki sprawiły, że doprowadziłam swój organizm do stanu, w którym nie dawał już rady pracować - nie na tak szybkich obrotach, z tak małą ilością czasu na regenerację. A, zapomniałabym - jeszcze kawy dużo piłam. Korpoludzie zrozumieją- dzień zaczyna się od kawy. Dopiero później jest poczta i czerwone chorągiewki.. 

Odstawiłam kawę, odstawiłam papierosy -dopiero trzeci miesiąc, ale jednak odstawiłam.Chodzę wcześniej spać - jestem takim trochę emerytem w tygodniu, w weekendy trochę mi szkoda wieczoru, nocy w zasadzie. No ale w tygodni wybija 23:00 i ja już wiem, że powinnam leżeć w piżamie, bo muszę dać mojemu organizmowi odpocząć. Alkohol nie pomaga, więc niestety go trzeba ograniczyć. Najlepiej wyeliminować, ale wiemy wszyscy jak jest. 

Wzięłam więc notes i zrobiłam z niego dziennik. Spisałam sobie w nim kilka rzeczy. Zaczęłam od opisania pierwszego ataku. Opowiedziałam sama sobie jak wyglądał mój poprzedni rok. Odpowiedziałam sobie na pytanie, czy unikam potencjalnych zagrożeń, miejsc gdzie może mi się przytrafić coś złego - np. omdlednie, czy unikam ryzykownych sytuacji. Ofkors, unikałam, przecież to naturalna reakcja żeby się chronić przed czymś, co sprawia że masz wrażenie, że umierasz.     
I najważniejsze. Wypisałam w trzech dość ładnych przyznam grafach - jak się czuję gdy mam atak /jak mój organizm reaguje gdy to się dzieje, co myślę podczas ataku i jak się zachowuję podczas ataku, żeby go przetrwać lub mu zapobiec. Nie sądziłam, że takie zwykłe podejście do problemu w sposób poznawczy pomoże - ale jednak. Zrozumienie co się z nami dzieje jest najważniejsze. Dzięki temu można w przyszłości rozpoznać kiedy nadchodzi atak. Co zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie, nie naprawia sytuacji całkowicie, bo wciąż mam przed oczami zatłoczony samolot i tłum ludzi, z którymi będę się musiała zmierzyć w piątek, ale na pewno pomaga. O wyrzucaniu z siebie emocji napiszę następnym razem. Może ktoś coś z tego wyciągnie dla siebie. 

P-o-c-z-ą-t-e-k

Początek 


Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Pierwsza poważna praca, pierwsze poważne problemy - po prostu kurna dorosłość. Jak na przykładnego korposzczura przystało mam stresującą pracę, przebywam na co dzień wśród zakłamanych korposzczurów, ale dawałam radę. Negocjowanie ważnych - i dużych- kontraktów, spotkania z ważnymi osobami, ciężkie tematy do wyprowadzenia na prostą, dedlajny i inne korpoproblemy - to była codzienność, z którą świetnie sobie radziłam i wciąż radzę. 

ALE.. 

Pewnego pięknego, grudniowego dnia mój organizm zdecydował się pokazać mi środkowy palec       i zawołał do mnie na tyle głośno, bym się przestraszyła "Kurna, dłużej tak nie mogę". Po dwóch latach ostrego zapieprzu, nadgodzin, czuwania nad wieloma projektami, czyli ogólnie żałosnego korpożycia po raz pierwszy miałam atak paniki. I uwierzcie mi, nigdy niczego tak okropnego nie przeżyłam. Miałam wrażenie, że jeśli nie wyjdę ze spotkania to umrę, albo NA PEWNO oszaleję, albo w najlepszym wypadku zemdleję i stracę całkowicie kontrolę nad swoim ciałem. Poczułam jak krew odpływa mi z mózgu gdzieś w okolice stóp, że tracę oddech, albo po prostu nieświadomie go wstrzymuję. Trwało to kilka minut i jeszcze wtedy nie wiedziałam co mi się stało.
Kilka razy sytuacja się powtórzyła - podczas kolacji w cudownej, lecz zatłoczonej miejscowej knajpie, podczas stania w kolejce w Biedrze. Żyć nie umierać. 
Jak każdy rozsądny człowiek zaczęłam się zastanawiać o co kurna chodzi, czy jestem chora. Zrobiłam więc badania, które wyszły dobrze. I nie, nie mam chorego serca. Jedyne co zostało u mnie zdiagnozowane to stany przedomdleniowe- no kurna łał. 
Po dwóch miesiącach powtarzających się ataków, po internetowym researchu natrafiłam na artykuł o atakach paniki. Pomyślałam sobie - nah, pewnie to nie to, ale przeczytałam. Wypożyczyłam- albo raczej wypożyczono dla mnie- książkę o tym czym są ataki paniki i jak sobie z nimi radzić. I wtedy mnie olśniło - to jest o mnie, ta książka jest kurna o mnie, symptomy opisane w niej to dokładnie to, co odczuwam. Wspaniale. Jest dla mnie szansa. Bo piszą, że to się da pokonać bla bla bla. Tylko co z tego, skoro za cztery dni wyjeżdżam i na samą myśl o zatłoczonym lotnisku, ciasnym samolocie, wielkim europejskim mieście jest mi niedobrze i mam wrażenie, że nie panuję nad niczym, a już na pewno nie nad reakcjami mojego organizmu.