#4
Ataki paniki podczas podróży
Po pierwsze - wróciłam, przeżyłam. Ale powiem jedno : FUCK.
Po trzykroć FUCK FUCK FUCK.
O ile podróżowanie to piękna sprawa, a poznawanie nowej, innej kultury, picie wina pod Koloseum, czy zajadanie się toną włoskich serów przy Forum Romanum to cudowne wspomnienia, o tyle atak paniki na zatłoczonym dworcu we Florencji, już nie.
Niestety, było dokładnie tak, jak się obawiałam, że będzie. O ile jestem bogatsza już o sposoby walki z atakami, o tyle one nie mijają. Ale jest jedna pociecha - kurna, da się je przeżyć. Przeżyłam lot w samolocie, przeżyłam podróż autobusem, pociągiem, tłoki na włoskich placach itd. Ale.. od początku.
ATAK PANIKI W DZIEŃ WYJAZDU
Na Śląsku na taki lekki stres przed wyjazdem mówi się rajzefiber , no ale ja - jak i wszyscy, którzy miewają ataki paniki - doskonale wiedziałam, że to coś więcej. W noc poprzedzającą lot już nie spałam prawie w ogóle, wierciłam się więcej niż zwykle. Po przebudzeniu od razu wywróciło mi się wszystko w żołądku, a serce przeszło w tryb "zawał, umierasz,zawał, umierasz". Nie pomogły tabletki ziołowe, nie pomogła herbata ziołowa, próba zdrzemnięcia się, krople żołądkowe, słowa, które powtarzałam sobie jak mantrę - wszystko będzie dobrze, wiesz co masz robić, będzie przy Tobie najbliższa osoba, pomoże Ci. Wiem, nie powinnam, ale nalałam sobie kieliszek wina - byleby tylko przetrwać jazdę samochodem na lotnisko/oczywiście byłam pasażerem/. Co prawda w samolocie jakoś nie było mi ani za dobrze, ani nazbyt źle i o ile podróż samochodem minęła spokojnie, o tyle później nie było już tak kolorowo.
PODRÓŻ AUTOBUSEM
Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam w tym pieprzonym autobusie- bez toalety, bez klimatyzacji, z rozwalonymi oknami, pełnym ludzi - którym mam jechać 1,5 godziny, że muszę wysiąść. MUSZĘ. KURNA. WYSIĄŚĆ. Zanim jeszcze ruszył chciałam uciec. Poczułam, że zwymiotuję. Ośmieszę się, ludzie będą mnie oceniać, a ja sobie nigdy nie wybaczę. Całe szczęście nie wysiadłam. Powiedziałam sobie dokładnie to, co miałam sobie powiedzieć - co myślę, co czuję /fuck, nawet kiedy o tym piszę serce mi wali, a w żołądku ściska ze stresu/ czy moje myśli są katastroficzne - i jakie jest ich racjonalne wyjaśnienie. Oddychałam wg mojego ulubionego schematu, rozluźniłam żuchwę (zauważyłam, że to bardzo dobrze działa kiedy wydaje nam się, że jest nam niedobrze) - zamknęłam oczy i starałam się maksymalnie odprężyć, myśleć o jakimś bezpiecznym miejscu. I przede wszystkim - próbowałam sama siebie przekonać, że nic mi nie grozi, że mogę wysiąść w każdej chwili, że co prawda nie mam tutaj toalety ale mój organizm potrafi nad sobą panować. Dam radę. I dałam. Podziękowania należą się też mojej najbliższej z całego świata osobie, którą dokładnie poinstruowałam co ma robić gdy mam atak, co mnie uspokaja, jakie słowa mi pomagają. Przede wszystkim opowiedziałam też, o tym co mnie spotyka, co czuję podczas ataku paniki - ludzie często nie wiedzą i bagatelizują. Mówią "weź się w garść, nie przesadzaj, wyolbrzymiasz, nie zachowuj się jak dziecko". To tylko pogarsza sprawę. Warto brzydko mówiąc wyrzygać wszystko komuś najbliższemu, wszystko się czuje, czego się boimy, co nas stresuje itd. - mi było po tym w każdym razie lżej.
PODRÓŻ POCIĄGIEM
Cóż. O ile pociąg nie był taki zły - nie licząc końcówki podróży, ale o tym później, o tyle sam dworzec- m a s a k r a. Poczułam się jakby mi uciekał dedlajn- nie no, poczułam się znacznie gorzej. I to tak z sekundy na sekundę, nie wiedzieć czemu. Tak po prostu - NAGLE. Było dobrze, a tu nagle - jeb. I to takie porządne jeb. Musiałam w trybie ASAPu skorzystać z toalety - miałam wrażenie, że mój organizm za chwilę odmówi mi posłuszeństwa i w najlepszym razie zwymiotuję. Oczywiście otaczał mnie tłum ludzi, co nie pomagało. Ale toalety były- jak zresztą przecież wszędzie, bliżej czy dalej jakaś toaleta gdzieś jest- skorzystałam, usiadłam na ziemi, wykonałam serię ćwiczeń - oddechy, myśli uspokajające, rozluźnienie żuchwy itd. - pomogło. Ale poczułam, że ataki paniki to coś, z czym będę walczyć i jednocześnie, że nie mogę się poddać. Za dużo osiągnęłam, by spierniczyły mi życie. W pociągu wszystko byłoby w porządku - klimatyzacja, 300km/h więc podróż krótka, w komfortowych warunkach. Ale oczywiście pod koniec, tuż przed stacją RZYM ludzie zaczęli się wokół mnie tłoczyć. Wyobraziłam sobie jak wyglądają ulice w Rzymie, jak ludzie pchają się na mnie, otaczają mnie odbierając mi przestrzeń, powietrze - no i gotowe. Kolejny atak paniki. I kolejny - co najważniejsze pokonany.
POWRÓT SAMOLOTEM
Podczas pozostałych dni pobytu nie działo mi się nic, poza jakimiś mini atakami, których nie ma sensu tutaj opisywać. Jednak dzień powrotu był czymś czego się bałam. Nie wiem czy też tak macie, ale mnie stresuje zmiana planów. Jakichkolwiek. Jeśli coś sobie zaplanuję, to kiedy jestem zmuszona to zmienić, dopada mnie stres. Czuję wtedy, że to nie ja mam kontrolę nad tym co się dzieje, tylko ktoś inny i to mnie dobija. Cóż. I tak też się stało przed powrotem - pech chciał, że odwołali nam lot i koniec końców musieliśmy wracać do innego miasta, niż docelowe, co wiązało się oczywiście z dodatkowymi godzinami w podróży. Oczywiście, jak można się domyśleć musieliśmy wrócić polskimi liniami kolejowymi by pokonać różnicę w dystansie - 360km to zbyt dużo by wziąć taxę lub by ktoś po nas podjechał na lotnisko. Gdy tylko sobie to sobie uświadomiłam i to tuż po przebudzeniu w dniu wyjazdu, mój organizm powiedział mi "FUCK YOU, nigdzie nie jedziesz, jest Ci niedobrze, ogólnie to nie wyjdziesz dziś z toalety". Nie byłam w stanie niczego przełknąć, miałam dreszcze, czułam się jakby dopadła mnie grypa żołądkowa. Na całe szczęście miałam przy sobie jakiś apteczny specyfik na tego typu przypadłość więc go zażyłam, pospałam na lotnisku bo sen jest dobry na wszystko (podczas podróży na lotnisko zastosowałam standardowe praktyki : oddech 1/odpręż się itd. ; rozluźnienie żuchwy, myślenie racjonalne, wykluczenie katastroficznych następstw potencjalnych wpadek itd.) i w samolocie też znalazłam wolne miejsce by się wyłożyć, i w jako takim stanie wsiadłam w piękny, polski, zatłoczony, pełen buraków pociąg. To był długi dzień, Długi i męczący.
Pomijam piękne wspomnienia zdobyte podczas podróży i nowe doświadczenia - które niewątpliwie zacieśniają więzi pomiędzy dwojgiem ludzi - bo nie o tym piszę i nie tego się chcę pozbyć z siebie. Było cudownie.
Jednak ataki to nie jest coś z czym do końca sobie poradziłam. I to mnie bardzo zasmuciło, bo myślałam że jest zdecydowanie lepiej.
Nie poddaję się jednak. Muszę próbować pokonywać to, co mnie stresuje, to co powoduje u mnie ataki paniki. TO JEDYNY SPOSÓB. Nie ma innego. Nie można nakładać sobie samemu na siebie szklanego klosza, spod którego bardzo ciężko się jest wydostać. Trzeba walczyć - trzeba wystawiać siebie na stresujące sytuacje. To jedyne wyjście, to jedyne co działa.Mimo, że gdy pomyślę sobie o tym jak czułam się w pociągu do Rzymu, albo w dniu przylotu do Polski, chociaż automatycznie zaciskam zęby i czuję ucisk w przełyku, to wiem, że to minie, wiem że pokonam ataki paniki.