niedziela, 5 czerwca 2016

#baba babie wilkiem

Tak się czasem zastanawiam, skąd te ataki paniki się biorą. I oczywiście biorę pod uwagę wszystko to, o czym pisałam - tłumienie emocji, maltretowanie organizmu ciężką pracą ponad siły, korpożycie i tak dalej... Ale czy nie ma na to wpływu po prostu dorosłość? W sensie, wiecie, taka chamska dorosłość, że po prostu z dnia na dzień uświadamiasz sobie, że jesteś brzydko mówiąc w D U P I E. Że kiedyś, kiedy miałeś 15 lat myślałeś sobie, że 20-latkowie to dorośli są, że Ty jako dwudziestoparolatek będziesz miał dom, rodzinę i szczęśliwe spokojne życie, lepsze niż Twoi rodzice..

HA HA HA 

Tak naprawdę moja dorosłość polega na tym, że się rozczarowuję ludźmi. Wiele nerwów kosztuje mnie ta cała tak zwana dorosłość. Wiele zawodów sprawiają mi ludzie. Może to też jest przyczyna? Wieczne i ciągłe rozczarowania brakiem moralności, skrupułów, po prostu kompletnym skurwieniem ludzkim? Od wielu lat zauważam pewną prawidłowość- baba babie wilkiem. Sama o sobie myślę że taka nie jestem, po prostu często bywam albo jej niechcianą ofiarą, albo obrywam rykoszetem. Życie kobiety jest ciężkie. Zwłaszcza kobiety, która chce żyć w zgodzie z samą sobą, a to odbiega od normy - bez kokietowania zajętych facetów, wierna i szczera wobec samej siebie, ale i partnera. Mam wrażenie, że dziś to już rzadkość. I mimo, że staram się otaczać ludźmi podobnymi do mnie, to korpożycie (w zasadzie nie tylko, bo i to poza korpo) raz po raz pokazuje mi, że nie ma czegoś takiego jak ludzka przyzwoitość, pomocna dłoń (bezinteresowna dodam) - a to wszystko wzmaga frustrację. Myślę, że frustracja skurwieniem ludzi powoduje, że ataki paniki nie znikają. Bo to kolejna rzecz, która stresuje. To przebywanie wśród wilków, gdy samemu człowiek czuje się jak mała - nie przymierzając- owieczka. I nie mam tu na myśli wyglądu (chociaż...), a sposób bycia. Niestety dorosłość uczy bycia twardym - a w zasadzie wymaga tego, a nie uczy-  a ci którzy nie umieją się dostosować, obrywają. Ja oberwałam i mam ataki paniki. Cóż, takie to dorosłe życie..

środa, 27 kwietnia 2016

#5

Bez tytułu

Nie mam kompletnie pomysłu na tytuł dla tego posta. Głównie dlatego, że w głowie nie mam konkretnego planu, czy tematu o czym dziś- oczywiście związanym z atakami- będzie post. 

Po pierwsze, zapisałam się na terapię. Książki książkami, researche researchami, a znalezione w necie porady, to no, sami wiemy. Ale chyba trzeba dać sobie pomóc. Może jeśli ktoś obcy, zupełnie obcy, powie mi co mi jest, że mogę zwalczyć ataki paniki, to będę sobie lepiej radzić. 

Od powrotu z wakacji atak paniki przytrafił mi się tylko raz. Wśród znajomych na grillu. WTF. Sama byłam zdziwiona, bo przyszedł nagle i było mi ch#jowo. 

W zasadzie zaraz po powrocie z wakacji uznałam, że muszę zapisać się do specjalisty. I wcale nie jest mi ani wstyd, ani źle z tym. Po prostu jestem wkurzona. Wkurzona chyba na samą siebie, że pozwoliłam się tak zniszczyć od wewnątrz, pozwoliłam by stres zeżarł mnie bez mojej wiedzy i zgody, a ja tyle miesięcy to bagatelizowałam. No cóż. Walczę oczywiście z atakami, dokładnie w ten sposób jaki opisałam w poprzednich postach. Ale czuję, że powinnam zrobić coś więcej, by całkowicie je odsunąć, by już się nigdy nie powtórzyły. I skoro mimo prób wciąż się powtarzają, to chyba rozmowa ze specjalistą powinna pomóc. Tak myślę. Okaże się 27. czerwca. Tak, tyle się czeka na wizytę w ramach NFZ. Nie będę komentować polskiej służby zdrowia..

Czekają mnie zatem dwa miesiące walki. Niestety będzie to walka w wyjątkowo stresujących warunkach. Zwolnienia w miejscu, gdzie pracuję podbijają tylko beznadziejną atmosferę, morale pracowników spadają, a to tylko idealna pożywka dla stresu, który jest źródłem tego szitu. 

Dość użalania się nad sobą. Muszę zacząć planować kolejną podróż. To mnie będzie cieszyć. 
A! Zapomniałabym. W wielu artykułach dot. ataków paniki znalazłam poradę, by znaleźć sobie hobby, albo powrócić do tego, które się porzuciło. I ja tak zrobiłam. Tzn. ogólnie chodzi o relaks. Wróciłam więc do hobby sprzed 10 lat (obożealejestemstara :( ). Kiedyś bardzo dużo rysowałam. Kupiłam więc kredki, kolorowanki dla dorosłych (tak, kurna, kolorowanki - zanim ktoś skrytykuje, zachęcam do zapoznania się z kolorowankami np. "Strażnicy nocy"), markery, pędzle i inne pierdy. 
I powiem jedno - cudownie jest robić coś, nie patrzeć na zegar, a na koniec pomyśleć sobie : wow, jakie to fajne. Jakoś człowiek lepiej o sobie myśli, gdy się nie leni i robi coś pożytecznego. Chociaż nie ukrywam - kocham leżenie na moim łóżku i nicnierobienie. Ech, no ale to nie pomaga w walce z atakami. A, no i jeszcze zamiast oglądać filmy do poduszki *potwierdzone info: komputer, czy telefon- ogólnie wiadomo o co kaman/internety/ przed snem mogą powodować problemy z zaśnięciem* czytam książki. Fajna sprawa. Polecam. 


wtorek, 12 kwietnia 2016

#4 - Ataki paniki w podróży - jak przetrwać

#4

Ataki paniki podczas podróży

Po pierwsze - wróciłam, przeżyłam. Ale powiem jedno : FUCK
Po trzykroć FUCK FUCK FUCK. 

O ile podróżowanie to piękna sprawa, a poznawanie nowej, innej kultury, picie wina pod Koloseum, czy zajadanie się toną włoskich serów przy Forum Romanum to cudowne wspomnienia, o tyle atak paniki na zatłoczonym dworcu we Florencji, już nie. 

Niestety, było dokładnie tak, jak się obawiałam, że będzie. O ile jestem bogatsza już o sposoby walki z atakami, o tyle one nie mijają. Ale jest jedna pociecha - kurna, da się je przeżyć. Przeżyłam lot w samolocie, przeżyłam podróż autobusem, pociągiem, tłoki na włoskich placach itd. Ale.. od początku. 

ATAK PANIKI W DZIEŃ WYJAZDU 

Na Śląsku na taki lekki stres przed wyjazdem mówi się rajzefiber , no ale ja - jak i wszyscy, którzy miewają ataki paniki - doskonale wiedziałam, że to coś więcej. W noc poprzedzającą lot już nie spałam prawie w ogóle, wierciłam się więcej niż zwykle. Po przebudzeniu od razu wywróciło mi się wszystko w żołądku, a serce przeszło w tryb "zawał, umierasz,zawał, umierasz". Nie pomogły tabletki ziołowe, nie pomogła herbata ziołowa, próba zdrzemnięcia się, krople żołądkowe, słowa, które powtarzałam sobie jak mantrę - wszystko będzie dobrze, wiesz co masz robić, będzie przy Tobie najbliższa osoba, pomoże Ci. Wiem, nie powinnam, ale nalałam sobie kieliszek wina - byleby tylko przetrwać jazdę samochodem na lotnisko/oczywiście byłam pasażerem/. Co prawda w samolocie jakoś nie było mi ani za dobrze, ani nazbyt źle i o ile podróż samochodem minęła spokojnie, o tyle później nie było już tak kolorowo. 


PODRÓŻ AUTOBUSEM

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam w tym pieprzonym autobusie- bez toalety, bez klimatyzacji, z rozwalonymi oknami, pełnym ludzi - którym mam jechać 1,5 godziny, że muszę wysiąść. MUSZĘ. KURNA. WYSIĄŚĆ. Zanim jeszcze ruszył chciałam uciec. Poczułam, że zwymiotuję. Ośmieszę się, ludzie będą mnie oceniać, a ja sobie nigdy nie wybaczę. Całe szczęście nie wysiadłam. Powiedziałam sobie dokładnie to, co miałam sobie powiedzieć - co myślę, co czuję /fuck, nawet kiedy o tym piszę serce mi wali, a w żołądku ściska ze stresu/ czy moje myśli są katastroficzne - i jakie jest ich racjonalne wyjaśnienie. Oddychałam wg mojego ulubionego schematu, rozluźniłam żuchwę (zauważyłam, że to bardzo dobrze działa kiedy wydaje nam się, że jest nam niedobrze) - zamknęłam oczy i starałam się maksymalnie odprężyć, myśleć o jakimś bezpiecznym miejscu. I przede wszystkim - próbowałam sama siebie przekonać, że nic mi nie grozi, że mogę wysiąść w każdej chwili, że co prawda nie mam tutaj toalety ale mój organizm potrafi nad sobą panować. Dam radę. I dałam. Podziękowania należą się też mojej najbliższej z całego świata osobie, którą dokładnie poinstruowałam co ma robić gdy mam atak, co mnie uspokaja, jakie słowa mi pomagają. Przede wszystkim opowiedziałam też, o tym co mnie spotyka, co czuję podczas ataku paniki - ludzie często nie wiedzą i bagatelizują. Mówią "weź się w garść, nie przesadzaj, wyolbrzymiasz, nie zachowuj się jak dziecko". To tylko pogarsza sprawę. Warto brzydko mówiąc wyrzygać wszystko komuś najbliższemu, wszystko się czuje, czego się boimy, co nas stresuje itd. - mi było po tym w każdym razie lżej. 

PODRÓŻ POCIĄGIEM 

Cóż. O ile pociąg nie był taki zły - nie licząc końcówki podróży, ale o tym później, o tyle sam dworzec- m a s a k r a. Poczułam się jakby mi uciekał dedlajn- nie no, poczułam się znacznie gorzej. I to tak z sekundy na sekundę, nie wiedzieć czemu. Tak po prostu - NAGLE. Było dobrze, a tu nagle - jeb. I to takie porządne jeb. Musiałam w trybie ASAPu skorzystać z toalety - miałam wrażenie, że mój organizm za chwilę odmówi mi posłuszeństwa i w najlepszym razie zwymiotuję. Oczywiście otaczał mnie tłum ludzi, co nie pomagało. Ale toalety były- jak zresztą przecież wszędzie, bliżej czy dalej jakaś toaleta gdzieś jest- skorzystałam, usiadłam na ziemi, wykonałam serię ćwiczeń - oddechy, myśli uspokajające, rozluźnienie żuchwy itd. - pomogło. Ale poczułam, że ataki paniki to coś, z czym będę walczyć i jednocześnie, że nie mogę się poddać. Za dużo osiągnęłam, by spierniczyły mi życie. W pociągu wszystko byłoby w porządku - klimatyzacja, 300km/h więc podróż krótka, w komfortowych warunkach. Ale oczywiście pod koniec, tuż przed stacją RZYM ludzie zaczęli się wokół mnie tłoczyć. Wyobraziłam sobie jak wyglądają ulice w Rzymie, jak ludzie pchają się na mnie, otaczają mnie odbierając mi przestrzeń, powietrze - no i gotowe. Kolejny atak paniki. I kolejny - co najważniejsze pokonany. 

POWRÓT SAMOLOTEM 

Podczas pozostałych dni pobytu nie działo mi się nic, poza jakimiś mini atakami, których nie ma sensu tutaj opisywać. Jednak dzień powrotu był czymś czego się bałam. Nie wiem czy też tak macie, ale mnie stresuje zmiana planów. Jakichkolwiek. Jeśli coś sobie zaplanuję, to kiedy jestem zmuszona to zmienić, dopada mnie stres. Czuję wtedy, że to nie ja mam kontrolę nad tym co się dzieje, tylko ktoś inny i to mnie dobija. Cóż. I tak też się stało przed powrotem - pech chciał, że odwołali nam lot i koniec końców musieliśmy wracać do innego miasta, niż docelowe, co wiązało się oczywiście z dodatkowymi godzinami w podróży. Oczywiście, jak można się domyśleć musieliśmy wrócić polskimi liniami kolejowymi by pokonać różnicę w dystansie - 360km to zbyt dużo by wziąć taxę lub by ktoś po nas podjechał na lotnisko. Gdy tylko sobie to sobie uświadomiłam i to tuż po przebudzeniu w dniu wyjazdu, mój organizm powiedział mi "FUCK YOU, nigdzie nie jedziesz, jest Ci niedobrze, ogólnie to nie wyjdziesz dziś z toalety". Nie byłam w stanie niczego przełknąć, miałam dreszcze, czułam się jakby dopadła mnie grypa żołądkowa. Na całe szczęście miałam przy sobie jakiś apteczny specyfik na tego typu przypadłość więc go zażyłam, pospałam na lotnisku bo sen jest dobry na wszystko (podczas podróży na lotnisko zastosowałam standardowe praktyki : oddech 1/odpręż się itd. ; rozluźnienie żuchwy, myślenie racjonalne, wykluczenie katastroficznych następstw potencjalnych wpadek itd.) i w samolocie też znalazłam wolne miejsce by się wyłożyć, i w jako takim stanie wsiadłam w piękny, polski, zatłoczony, pełen buraków pociąg. To był długi dzień, Długi i męczący. 


Pomijam piękne wspomnienia zdobyte podczas podróży i nowe doświadczenia - które niewątpliwie zacieśniają więzi pomiędzy dwojgiem ludzi - bo nie o tym piszę i nie tego się chcę pozbyć z siebie. Było cudownie. 
Jednak ataki to nie jest coś z czym do końca sobie poradziłam. I to mnie bardzo zasmuciło, bo myślałam że jest zdecydowanie lepiej. 

Nie poddaję się jednak. Muszę próbować pokonywać to, co mnie stresuje, to co powoduje u mnie ataki paniki. TO JEDYNY SPOSÓB. Nie ma innego. Nie można nakładać sobie samemu na siebie szklanego klosza, spod którego bardzo ciężko się jest wydostać. Trzeba walczyć - trzeba wystawiać siebie na stresujące sytuacje. To jedyne wyjście, to jedyne co działa.Mimo, że gdy pomyślę sobie o tym jak czułam się w pociągu do Rzymu, albo w dniu przylotu do Polski, chociaż automatycznie zaciskam zęby i czuję ucisk w przełyku, to wiem, że to minie, wiem że pokonam ataki paniki. 

piątek, 1 kwietnia 2016

#3

Sądny dzień 


Dla osób, które nękają ataki paniki ,dzień w którym czeka nas np. ważna impreza rodzinna, wyjazd, czy wizyta w nowym miejscu to istny sądny dzień. Kilka dni przed rzeczonym dedlajnem - korpo lengłydż nigdy nie umiera - boli brzuch, dotyka nas bezsenność, męczą nas czarne, wręcz katastroficzne myśli. Od samych myśli człowiekowi wali serce,a w żołądku wszystko się przewraca. 
Co jednak zrobić, by nie dać się owładnąć lękowi? 

Po pierwsze - uświadom sobie, że nic Ci nie grozi. To, że jest Ci gorąco -po prostu oznacza, że jest gorąco. Gdy robi Ci się duszno- po prostu weź kilka głębokich oddechów ( w stylu 1-odpręż się, 2 - odpręż się, itd.). Uspokój myśli. Rozluźnij żuchwę. Rozluźnij się. Gdy możesz- zamknij oczy, oddychaj spokojnie, miarowo- przeponą. Pomyśl sobie : 

Czy przewiduję wydarzenie się czegoś strasznego? 

TAK. Zemdleję. A jeśli nie zemdleję to zwymiotuję,albo co gorsza nie zdążę do toalety. Ośmieszę się. Ośmieszę mojego partnera. Nikt mi nie pomoże, lub nie będzie w stanie pomóc. Nie znajdę drogi wyjścia, ucieczki. Uduszę się. Oszaleję od tych myśli! 

A teraz zadaj sobie pytanie : czy moje odczucia można w RACJONALNY SPOSÓB WYJAŚNIĆ? 

Jesteś wśród ludzi - czujesz się nieswojo, bo ich nie znasz. To normalne. ALE nic Ci nie grozi, a tym bardziej nie niebezpieczeństwo. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się zwymiotować publicznie? Nawet jeśli, pomyśl jak Ty zachowałbyś się gdyby to przy Tobie komuś zdarzyłoby się coś takiego. Pomógłbyś, pokazałbyś troskę. Spytałbyś czy wszystko w porządku. Nie olałbyś, nie oceniałbyś. Jeśli zaś Tobie by się coś takiego w najgorszym wypadku przytrafiło, to przecież nie znasz tych ludzi, a oni Ciebie- już za rok o tym nie będą pamiętać. Ani Ty! Jeśli ktoś jednak źle oceniłby Cię w wyniku takiego wypadku, nie chcesz przecież mieć takich ludzi w swoim otoczeniu - jeśli byłby to znajomy, po prostu wiedziałbyś, że nie możesz na taką osobę liczyć i pozbyłbyś się chwasta ze swojego życia. 

Jest Ci niedobrze - być może coś zjadłeś, albo nie jadłeś ze stresu. Normalne. Nic Ci nie będzie. Oddychaj. Pomyśl - jestem bezpieczny. Za każdym razem gdy nachodzą Cię katastroficzne wizje bliskiej przyszłości związane ze skutkami ataków albo samym przebiegiem ataków paniki, zadaj sobie pytania powyższe pytania. A potem, na koniec powiedz sobie : 

KAŻDY ATAK KIEDYŚ MIJA. *
przeważnie niezauważony przez ludzi Cię otaczających. 

Ostatnio, wczoraj dokładnie dowiedziałam się, że w moim miejscu pracy - korposrorpo, gdzie pracuje względnie dużo osób, bo kilkaset - odbędzie się spotkanie WSZYSTKICH pracowników. NARAZ. Wszystkich. W JEDNEJ SALI. I od razu miałam pierdyliard myśli. Po pierwsze rozważałam w ogóle, że nie pójdę. Przecież nie muszę. Poudaję, że mam pilny telefon. Zostanę w toalecie. Nikt nie zauważy. Superwajzor nie zauważy, będzie ok. Ale potem pomyślałam sobie. HALO. Uspokój się. Nic Ci tam nie grozi. Nikt nie wezwie Cię do tablicy. Usiądziesz sobie, pójdziesz na tyle wcześniej, by mieć krzesło. Otworzysz okna. Będzie czym oddychać, a Ty będziesz sobie w głowie powtarzać wszystkie formułki, których się nauczyłaś. A jeśli będziesz wiecznie przed tym uciekać, to nigdy nie poczujesz się dobrze. Musisz spróbować. Najwyżej wyjdziesz na chwilę i wrócisz. Nic się nie stanie. Dasz sobie radę. 
Poszłam. Przeżyłam. Nie zrobiło mi się słabo. Po raz pierwszy od kilku miesięcy nie zrobiło mi się kurna słabo podczas spotkania. Chociaż było gorąco, choć wokół mnie stało wielu ludzi i waliło mi serce, potrafiłam sama siebie uspokoić tym wszystkim o czym tutaj piszę. 

Gdy zorientowałam się co mi dolega, niestety doszłam do tego sama po wielu miesiącach rozwijania się tego ciulstwa, miałam wrażenie że jest to nieosiągalne, bym znów żyła normalnie. Bałam się nawet stać w kolejce w sklepie, a wyjście do kina oznaczało dla mnie : "ludzie, dużo ludzi, ktoś będzie siedział koło mnie, usłyszy jak panikuję, zobaczy - jest ciemno,nie trafię szybko do wyjścia, nie zdążę do toalety, co za wstyd". To naprawdę paraliżuje człowieka i całe jego życie, przez to negatywnie wpływa na relacje z najbliższymi. A przez to czujesz się jak kupa, jak ktoś gorszy niż reszta, bo nie możesz robić najprostszych rzeczy. 
A wczoraj udało mi się przeżyć, coś co od dawna wydawało mi się straszne, bo jeden z poważniejszych ataków przydarzył mi się właśnie podczas korpowigilii. Byłam wczoraj bardzo z siebie dumna. Dziś już trochę mniej, bo wyjeżdżam. Czeka mnie seria podróży- samolotem, metrem, pociągiem,znów samolotem, długa podróż samochodem. Boję się. Bardzo się boję.  Ale jeśli dam radę to znów będę z siebie dumna, znów poczuję, że mogę normalnie żyć, że nie czuję się sparaliżowana. Warto próbować przezwyciężać lęk. Nie, nie warto - TRZEBA. 

wtorek, 29 marca 2016

#2

Dlaczego ważny jest relaks? 


No właśnie. Skoro dajemy radę pracować na pełnych obrotach, jeśli udaje nam się ogarniać wiele projektów na raz, dedlajny nam nie straszne, a prodżekt menadżer wie, że może na nas liczyć, to niby dlaczego mamy zwalniać? 

Bo nie jesteśmy kurna perpetum mobile, które raz wprawione w ruch podobno ma poruszać się wiecznie. I jak raz coś pierdyknie, to no - pierdyknie i już. 

Jeśli masz komu się wygadać, o tym co było w pracy, o tym co się wydarzyło w Twoim życiu - wygadaj się. Napisz list,  stwórz bloga (he he), prowadź pamiętnik, nie wiem gadaj do psa. Ten szit trzeba z siebie wyrzucić. Bo wszystko jest fajnie, dopóki jest fajnie, a jak już się spierniczy to to fajnie wydaje się być bardzo odległe. 

Ja trochę zbyt późno sobie to niestety uświadomiłam i chroniczny stres zafundował mi- czyli w gruncie rzeczy ja sobie sama zafundowałam- atak paniki. Który oczywiście również ja sama przeanalizowałam na miliard sposobów i doprowadziłam się do stanu lęku przed lękiem. Czego nie polecam. 

Polecam za to jakąkolwiek aktywność fizyczną - to pomaga rozluźnić napięte mięśnie. Podczas ataku paniki nasze ciało zostaje przygotowane do tzw. odruchu "walcz albo uciekaj". Serce nam wali, pocimy się (chłodzimy mięśnie), organizm przestaje skupiać się na metabolizmie, adrenalina osiąga niepokojący poziom. To wszystko wydaje się jak rychła śmierć, zawał, szaleństwo albo kurna wszystko w jednym. Chyba, że człowiek to wie i powie sobie sam - to tylko reakcja organizmu, oddychaj,calm down. Podobno działa metoda oddechu  : 1 /wdech /- odpręż się /wydech / ; 2 /wdech/ - odpręż się /wydech/ itd. do 10, albo w kółko póki człowiek nie ochłonie. Żeby ten nadmiar adrenaliny z siebie wyrzucić dobrze jest regularnie ćwiczyć. To trudne,wiem, zwłaszcza jak się lubi leniuchować przed kompem i przeglądać internety, ale co zrobić. 

Czy to działa? Chciałabym odpowiedzieć, że tak - ale dowiem się tak na 100% w najbliższym czasie. Jeśli nie dopadnie mnie atak paniki na lotnisku, albo co gorsza w metrze, to uznam, że jest nadzieja dla wszystkich, którzy borykają się z tym szitem, przez który momentami mam wrażenie, że nic mnie nie uratuje, a ja do końca życia będę się czuć tak okropnie, jak teraz. 


poniedziałek, 28 marca 2016

#1

Jak rozpoznać atak paniki?


Ok, to trudne. Ale tylko z początku. Najpierw należy sobie zadać pytanie - oczywiście nie podczas ataku- ale tak po prostu, usiąść, wziąć jakiś notes i długopis (wiem, idiotycznie to brzmi, bo po co coś spisywać skoro zmiana i tak ma nastąpić w nas, w naszej głowie - ale jednak działa), zastanowić się nad kilkoma sprawami i spisać swoje myśli. Dlaczego? Żeby 1. dowiedzieć się tak naprawdę co się z nami dzieje  i 2.wyrzucić z siebie emocje, które tłumimy. 

Ja zadałam sobie pytanie : co działo się w moim życiu przez ostatni rok. Czy byłam narażona na stres? Owszem, byłam. W pracy i poza nią. I to na taki naprawdę spory. Nawet sobie z tego sprawy nie zdawałam. Mówię tu o stresie w korpo, że napieprzasz dzień w dzień i myślisz, że jesteś bogiem, a potem balujesz w weekend, a do tego czasem dochodzą jeszcze przecież relacje w rodzinie, ewentualnie utrata kogoś bliskiego, traumatyczne przeżycie itd.  Czy odczuwałam, że nie daję rady? Nie. Czy żyłam za szybko, za bardzo, nie dając swojemu organizmowi wytchnienia? Niestety tak. Mało snu, dużo papierosów, alkohol co weekend, nadgodziny i oczywiście poczucie, że wszystko zgrabnie ogarniam. Te czynniki sprawiły, że doprowadziłam swój organizm do stanu, w którym nie dawał już rady pracować - nie na tak szybkich obrotach, z tak małą ilością czasu na regenerację. A, zapomniałabym - jeszcze kawy dużo piłam. Korpoludzie zrozumieją- dzień zaczyna się od kawy. Dopiero później jest poczta i czerwone chorągiewki.. 

Odstawiłam kawę, odstawiłam papierosy -dopiero trzeci miesiąc, ale jednak odstawiłam.Chodzę wcześniej spać - jestem takim trochę emerytem w tygodniu, w weekendy trochę mi szkoda wieczoru, nocy w zasadzie. No ale w tygodni wybija 23:00 i ja już wiem, że powinnam leżeć w piżamie, bo muszę dać mojemu organizmowi odpocząć. Alkohol nie pomaga, więc niestety go trzeba ograniczyć. Najlepiej wyeliminować, ale wiemy wszyscy jak jest. 

Wzięłam więc notes i zrobiłam z niego dziennik. Spisałam sobie w nim kilka rzeczy. Zaczęłam od opisania pierwszego ataku. Opowiedziałam sama sobie jak wyglądał mój poprzedni rok. Odpowiedziałam sobie na pytanie, czy unikam potencjalnych zagrożeń, miejsc gdzie może mi się przytrafić coś złego - np. omdlednie, czy unikam ryzykownych sytuacji. Ofkors, unikałam, przecież to naturalna reakcja żeby się chronić przed czymś, co sprawia że masz wrażenie, że umierasz.     
I najważniejsze. Wypisałam w trzech dość ładnych przyznam grafach - jak się czuję gdy mam atak /jak mój organizm reaguje gdy to się dzieje, co myślę podczas ataku i jak się zachowuję podczas ataku, żeby go przetrwać lub mu zapobiec. Nie sądziłam, że takie zwykłe podejście do problemu w sposób poznawczy pomoże - ale jednak. Zrozumienie co się z nami dzieje jest najważniejsze. Dzięki temu można w przyszłości rozpoznać kiedy nadchodzi atak. Co zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie, nie naprawia sytuacji całkowicie, bo wciąż mam przed oczami zatłoczony samolot i tłum ludzi, z którymi będę się musiała zmierzyć w piątek, ale na pewno pomaga. O wyrzucaniu z siebie emocji napiszę następnym razem. Może ktoś coś z tego wyciągnie dla siebie. 

P-o-c-z-ą-t-e-k

Początek 


Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Pierwsza poważna praca, pierwsze poważne problemy - po prostu kurna dorosłość. Jak na przykładnego korposzczura przystało mam stresującą pracę, przebywam na co dzień wśród zakłamanych korposzczurów, ale dawałam radę. Negocjowanie ważnych - i dużych- kontraktów, spotkania z ważnymi osobami, ciężkie tematy do wyprowadzenia na prostą, dedlajny i inne korpoproblemy - to była codzienność, z którą świetnie sobie radziłam i wciąż radzę. 

ALE.. 

Pewnego pięknego, grudniowego dnia mój organizm zdecydował się pokazać mi środkowy palec       i zawołał do mnie na tyle głośno, bym się przestraszyła "Kurna, dłużej tak nie mogę". Po dwóch latach ostrego zapieprzu, nadgodzin, czuwania nad wieloma projektami, czyli ogólnie żałosnego korpożycia po raz pierwszy miałam atak paniki. I uwierzcie mi, nigdy niczego tak okropnego nie przeżyłam. Miałam wrażenie, że jeśli nie wyjdę ze spotkania to umrę, albo NA PEWNO oszaleję, albo w najlepszym wypadku zemdleję i stracę całkowicie kontrolę nad swoim ciałem. Poczułam jak krew odpływa mi z mózgu gdzieś w okolice stóp, że tracę oddech, albo po prostu nieświadomie go wstrzymuję. Trwało to kilka minut i jeszcze wtedy nie wiedziałam co mi się stało.
Kilka razy sytuacja się powtórzyła - podczas kolacji w cudownej, lecz zatłoczonej miejscowej knajpie, podczas stania w kolejce w Biedrze. Żyć nie umierać. 
Jak każdy rozsądny człowiek zaczęłam się zastanawiać o co kurna chodzi, czy jestem chora. Zrobiłam więc badania, które wyszły dobrze. I nie, nie mam chorego serca. Jedyne co zostało u mnie zdiagnozowane to stany przedomdleniowe- no kurna łał. 
Po dwóch miesiącach powtarzających się ataków, po internetowym researchu natrafiłam na artykuł o atakach paniki. Pomyślałam sobie - nah, pewnie to nie to, ale przeczytałam. Wypożyczyłam- albo raczej wypożyczono dla mnie- książkę o tym czym są ataki paniki i jak sobie z nimi radzić. I wtedy mnie olśniło - to jest o mnie, ta książka jest kurna o mnie, symptomy opisane w niej to dokładnie to, co odczuwam. Wspaniale. Jest dla mnie szansa. Bo piszą, że to się da pokonać bla bla bla. Tylko co z tego, skoro za cztery dni wyjeżdżam i na samą myśl o zatłoczonym lotnisku, ciasnym samolocie, wielkim europejskim mieście jest mi niedobrze i mam wrażenie, że nie panuję nad niczym, a już na pewno nie nad reakcjami mojego organizmu.